Moje żyły ostatnio są jak dżdżownice, które ktoś rozdeptał. Rozpłatane na raz...dwa...trzy... cztery kawałki robaczywej tkanki. Przypominają rozmoczone deszczem sznurówki przyszpilone do nadgarstków (błogosławieni wypatrujący brzydkiej pogody). W plecach mam nóż, ale właściwie to sprawia komiczne wrażenie. Wszystko mija, przecież wiesz. I trochę wieje od rzeki.
Znaczę tyle, co dzień narodzin albo Boże Narodzenie, na które nie czeka nikt, prócz tych, co nie zobaczą nigdy pierwszej gwiazdki ani żadnej innej oprócz gwiazdek porno. Widzisz, samo się pisze. W złocistym wietrze stoję jak Matka Boska Przyszpilona, ta od słów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz